O autorze
Justyna Kwiatkowska

Z wykształcenia – tłumaczka, z wyboru – dziennikarka. Żona i mama. Ufam zdrowemu rozsądkowi, który mówi, żeby z każdej sytuacji wyciągać dla siebie pozytywną lekcję. Nad wrodzonym lenistwem panuję stawiając sobie coraz to nowe wyzwania. Ale czasem wolę poczytać niż zrobić kolację... Kto mi zabroni?

Wino cudem ocalone

Czasem jest tak, że człowiek, żeby nie powiedzieć wprost - kobieta, chce zrobić na Kimś wrażenie. Uśmiech, błysk w oku, dowcipna riposta, intrygująco pobrzękująca dyskretna biżuteria, umiejętnie rozpięty guzik koszuli, szpilki eksponujące łydki – na tym polu jesteśmy specjalistkami.

Ale co zrobić, kiedy już wypada zaprosić tego Kogoś do domu na obiad lub kolację? W kwestiach czysto kulinarnych nie będę się wypowiadać, choć myślę, że soczyste mięsko zawsze da radę. A do niego oczywiście wino. Czerwone.



Wybór tu jest spory, pytanie tylko, na ile jesteśmy w stanie wyjść z naszej strefy komfortu. Bo z czerwonymi winami mamy mały problem. Nie są zwykle, jakbyśmy to po babsku określiły, „delikatne”.

Jedną z cech czerwonych win jest taniczność czyli zawartość związków chemicznych zwanych taninami. To one odpowiedzialne są za uczucie cierpkości w ustach, takiego „ściągnięcia” na języku. A skąd się biorą? Ano z:

- samych winogron ( a dokładniej z pestek, skórek i szypułek)
- dębowych beczek, w których często czerwone wina dojrzewają

Poziom tanin (zwanych też popularnie garbnikami) waha się w różnych winach. Zależy bowiem od odmiany winogron, sposobu produkcji wina i czasu spędzonego przez nie we wspomnianej beczce. Warto więc porozmawiać ze sprzedawcą o swoich preferencjach. Pamiętajcie przy tym, że jeśli lubicie mocną, gorzką herbatę (w której też są przecież taniny) to i taninowe wina prawdopodobnie przypadną wam do gustu.

Ja sądzę, że warto dać czerwonym winom szansę. Może tylko, jeśli jesteście nowicjuszkami, nie rzucajcie się od razu na trunki o wydatnych taninach – np. cabernet sauvignon, sangiovese czy tempranillo. W końcu degustacja ma wam dostarczyć przyjemności.

Umiejętnie dobrane czerwone wino może wynieść wasz posiłek na zupełnie inny poziom. A przy okazji dostarczyć tematu do rozmowy. Na przykład takie carménère.

To wino ze szczepu o tej samej nazwie, który przetrwał nieomal cudem. Otóż rósł on sobie kiedyś we francuskim Bordeaux, obok (to kluczowa kwestia) bardzo podobnego do siebie i wysoce cenionego merlota. I tegoż to merlota, w połowie XIX wieku, winiarze z odległego Chile postanowili sprowadzić do siebie. Zadomowił się świetnie, wina były całkiem udane. Pech chciał, że niedługo potem paskudna żarłoczna mszyca zdewastowała europejskie winnice. Wielu z nich nie udało się odbudować, w tym – przepadło niemal całe carménère. Gdy świat się z tym już pogodził, pod koniec XX wieku gruchnął news – chilijski merlot to w rzeczywistości oryginalne francuskie carménère! Po prostu pomylono kiedyś sadzonki! A udowodniono to dopiero za pomocą testów DNA… Niezła historia, prawda?

Chile bardzo troskliwie opiekuje się swym przybranym synem. Umiejętnie podkreśla jego charakterystyczne cechy – spodziewajcie się zatem soczystości spod znaku ciemnych owoców (śliwka, malina) połączonej z zadziorną zieloną papryką oraz ziołowymi nutami pieprzu. Brzmi dziwnie? Ale jak smakuje… Podajcie je do jagnięciny, w wydaniu nie tylko europejskim, ale również marokańskim czy indyjskim. Albo do pieczeni wołowej. I teraz już tylko czekajcie na komplementy…

A następnym razem – czym ugościć przyjaciółki…
Trwa ładowanie komentarzy...