Wino cudem ocalone

Czasem jest tak, że człowiek, żeby nie powiedzieć wprost - kobieta, chce zrobić na Kimś wrażenie. Uśmiech, błysk w oku, dowcipna riposta, intrygująco pobrzękująca dyskretna biżuteria, umiejętnie rozpięty guzik koszuli, szpilki eksponujące łydki – na tym polu jesteśmy specjalistkami.

Ale co zrobić, kiedy już wypada zaprosić tego Kogoś do domu na obiad lub kolację? W kwestiach czysto kulinarnych nie będę się wypowiadać, choć myślę, że soczyste mięsko zawsze da radę. A do niego oczywiście wino. Czerwone.



Wybór tu jest spory, pytanie tylko, na ile jesteśmy w stanie wyjść z naszej strefy komfortu. Bo z czerwonymi winami mamy mały problem. Nie są zwykle, jakbyśmy to po babsku określiły, „delikatne”.

Jedną z cech czerwonych win jest taniczność czyli zawartość związków chemicznych zwanych taninami. To one odpowiedzialne są za uczucie cierpkości w ustach, takiego „ściągnięcia” na języku. A skąd się biorą? Ano z:

- samych winogron ( a dokładniej z pestek, skórek i szypułek)
- dębowych beczek, w których często czerwone wina dojrzewają

Poziom tanin (zwanych też popularnie garbnikami) waha się w różnych winach. Zależy bowiem od odmiany winogron, sposobu produkcji wina i czasu spędzonego przez nie we wspomnianej beczce. Warto więc porozmawiać ze sprzedawcą o swoich preferencjach. Pamiętajcie przy tym, że jeśli lubicie mocną, gorzką herbatę (w której też są przecież taniny) to i taninowe wina prawdopodobnie przypadną wam do gustu.

Ja sądzę, że warto dać czerwonym winom szansę. Może tylko, jeśli jesteście nowicjuszkami, nie rzucajcie się od razu na trunki o wydatnych taninach – np. cabernet sauvignon, sangiovese czy tempranillo. W końcu degustacja ma wam dostarczyć przyjemności.

Umiejętnie dobrane czerwone wino może wynieść wasz posiłek na zupełnie inny poziom. A przy okazji dostarczyć tematu do rozmowy. Na przykład takie carménère.

To wino ze szczepu o tej samej nazwie, który przetrwał nieomal cudem. Otóż rósł on sobie kiedyś we francuskim Bordeaux, obok (to kluczowa kwestia) bardzo podobnego do siebie i wysoce cenionego merlota. I tegoż to merlota, w połowie XIX wieku, winiarze z odległego Chile postanowili sprowadzić do siebie. Zadomowił się świetnie, wina były całkiem udane. Pech chciał, że niedługo potem paskudna żarłoczna mszyca zdewastowała europejskie winnice. Wielu z nich nie udało się odbudować, w tym – przepadło niemal całe carménère. Gdy świat się z tym już pogodził, pod koniec XX wieku gruchnął news – chilijski merlot to w rzeczywistości oryginalne francuskie carménère! Po prostu pomylono kiedyś sadzonki! A udowodniono to dopiero za pomocą testów DNA… Niezła historia, prawda?

Chile bardzo troskliwie opiekuje się swym przybranym synem. Umiejętnie podkreśla jego charakterystyczne cechy – spodziewajcie się zatem soczystości spod znaku ciemnych owoców (śliwka, malina) połączonej z zadziorną zieloną papryką oraz ziołowymi nutami pieprzu. Brzmi dziwnie? Ale jak smakuje… Podajcie je do jagnięciny, w wydaniu nie tylko europejskim, ale również marokańskim czy indyjskim. Albo do pieczeni wołowej. I teraz już tylko czekajcie na komplementy…

A następnym razem – czym ugościć przyjaciółki…
Trwa ładowanie komentarzy...