Duńska robota

Warto być dobrym dla siebie. A zima to taki czas, kiedy jeszcze bardziej chcemy sobie dogadzać. Więc rozpal w kominku lub zapal świece, wskocz w ulubione domowe ciuchy i otwórz wino.

Za nami Boże Narodzenie, ten „najbardziej hyggelig czas w roku”, jak pisze Meik Wiking w swojej książce Hygge. Klucz do szczęścia”. A ponieważ ten okres upłynął mi częściowo na przyjemnej lekturze wyżej wymienionej pozycji, jak każdy neofita, prześwietlam teraz rzeczywistość wokół mnie, szufladkując co jest „h” a co nie.



Relaks, poczucie bezpieczeństwa i komfortu, przyjemność oraz harmonia – dowiedziałam się właśnie, że to one, między innymi, stanowią o hygge. Nie trzeba wcale mocno kombinować, by dojść do wniosku, że kieliszek wina wpisuje się w ten obrazek po prostu doskonale. I jakiż to elegancki excuse! Nie musisz przyznawać się, że wino po prostu ci smakuje. Że masz ochotę na lampkę dla rozluźnienia nerwów, a może później nawet i więzów obyczajowych …

Dobra, jakie więc wino będzie hyggelig ? Mam nadzieję, że nie robię błędu gramatycznego bo nie znam duńskiego.

Raczej nie szampan. Bo jednak zbyt oficjalny i wymagający odpowiedniej oprawy i elegancji. I chociaż słynny okrzyk benedyktyńskiego mnicha Pierre’a Pérignona o „próbowaniu gwiazd” to podobno jedynie późniejszy genialny slogan reklamowy, pozycja, jaką szampan wyrobił sobie w naszej kulturze, sprawia, że nie kojarzy się z przytulnością i ciepłem kominka. Swoją drogą, to ciekawe, że osoba, która miała pozbyć się uprzykrzonych bąbelków w winach produkowanych przez mnichów, firmuje dziś najlepszego szampana produkowanego przez maison de champagne Moët & Chandon. Nie mogąc nic zaradzić powstawaniu pęcherzyków powietrza, które rozsadzały butelki niszcząc pracę winiarzy i dziesiątkując zasoby mnichów, Dom Pérignon postanowił niesforne stworzenia ujarzmić.

Bliższe duńskiej filozofii jest włoskie chianti. Wino, które wręcz powstało z myślą o towarzyszeniu posiłkom. Ma na pierwszy rzut oka może mało kobiecy (muszę użyć tego niefortunnego określenia) smak, ale nie o to w tym wypadku chodzi. To właśnie dzięki swojemu konkretnemu, intensywnemu, soczystemu (czy to są męskie atrybuty???) wyrazowi nie gubi się w pomidorowo-mięsno-grzybowych potrawach, a doskonale je komplementuje.

Najbardziej hyggelig dla mnie jest jednak argentyński malbec. To czerwone wino ze szczepu, który przywędrował do Ameryki Południowej z Francji. Nie zaszkodzi Wam informacja, że dzisiaj Argentyna to największy producent malbeka na świecie. Ale dlaczego właśnie to wino? Bo dobrze zrobione (warunek konieczny!) łączy w sobie niezwykłą aksamitność smaku z typową dla win południowoamerykańskich owocowością. Okazy starzone w beczce, na które trzeba i warto już bardziej wykosztować się, będą miały mocniejszą strukturę i miłe nuty czekoladowe. Wino, które z przyjemnością nalewa się do pękatego kieliszka i sączy powoli w miłym towarzystwie. Również podczas Sylwestra, którego zamierzam spędzić w ten właśnie sposób.

Szczęśliwego Nowego Roku!
Trwa ładowanie komentarzy...